Schodząc na stały ląd cieszyłam się, że znowu trawa będzie
mnie łaskotała w stopy, a piasek będzie próbował dostać się w każdy możliwy
zakamarek moich butów (więc po co by je nosić, kiedy się człek spotyka z
piaskiem, prawda?).
Uśmiechałam się na myśl o kolejnych podróżach, które zaczęły
mi się rozplanowywać po cichu, a może i po głośnu, wszak czuję głód podróży
wielki.
Tak, tak – cieszyłam się, czując pod nogami ciut rozbujaną
keję, a potem twardą ziemię. Równocześnie czułam wewnętrzny żal,
nieprzeniknioną melancholię, dziwny zawód – jak gdybym w momencie, kiedy moje
stopy dotknęły stałego gruntu, utraciła coś cudownego i nieuchwytnego.
Pożegnania z błękitem nigdy nie były dla mnie łatwe.
Podróż – jakby nie patrzeć - zaczęła się kilka miesięcy temu,
kiedy to mój dobry znajomy obwieścił mi, że poszukuje osób do załogi, która we
wrześniu przez Bałtyk i cieśniny skandynawskie popłynie do Oslo.
Początkowo podchodziłam do tego pomysłu dość swobodnie –
wszak miałam dostać pracę w szkole (Wrzesień! Wrzesień!), dopiero zaczęłam
przygodę z żeglarstwem… Wymówek zdawało się być od groma, aż dopadła mnie
wiadomość, że kuratorium oświaty nie zgodziło się na otwarcie klasy, w której
nauczycielką miałam zostać. Pomyślałam wtedy, że albo teraz, albo nigdy – morze
mnie wzywa, to jedyne rozwiązanie impasu i spełnienie innego marzenia, więc
dlaczego nie?
Ze wszystkich miłości podróżniczych najmocniejsza jest we mnie ta do Neptuna, który w chwilach, gdy ogarnia mnie szarość, utula i wprowadza harmonię w moje myśli, pozwalając morzu zamieszkać w moich oczach. Siedząc na plażach i pijąc wino (lub inny Tymbark) z Władcą Mórz, chowałam w sobie pragnienie wędrówki dalszej, gdzieś poza horyzont – wśród grzyw fal i śpiewu wiatru w żaglach.
Miesiąc za miesiącem mijał, uciekał dzień za dniem, a ja nie do końca potrafiłam umiejscowić sobie owego rejsu w swojej wyobraźni. Aż w końcu nadeszły miesiące wakacyjne, przynoszące ze sobą niespodziewanie dużo podróży (o których może ciut później?) czyniących moje serce iście pirackim, a potem – ni stąd ni zowąd – nadszedł koniec lata i spotkanie z Cassandrą, którą popłynęłam - wraz z siódemką innych zapaleńców - w rejs.
I choć w tej chwili wszystkie te przeżycia, które miały
miejsce zaledwie chwilę temu, wydają się być odległe i nierzeczywiste niczym
sen – pewnym jest to, że jedna z podróży moich marzeń rozpoczęła się 4 września 2014 r. i długo
jeszcze będę ją wspominać.
Chcąc przeżyć ją jeszcze raz, zaglądając do swojego
kolorowego notatnika, skrzętnie wypełnianego pomiędzy jedną wachtą a drugą, w trakcie
trwania jednego przechyłu, aż do przeturlania się w drugi, chciałabym zabrać i Was w tę podróż.
Gotowi do wypłynięcia?
;)