piątek, 26 września 2014

Bo to stało się naprawdę.

Schodząc na stały ląd cieszyłam się, że znowu trawa będzie mnie łaskotała w stopy, a piasek będzie próbował dostać się w każdy możliwy zakamarek moich butów (więc po co by je nosić, kiedy się człek spotyka z piaskiem, prawda?).

Uśmiechałam się na myśl o kolejnych podróżach, które zaczęły mi się rozplanowywać po cichu, a może i po głośnu, wszak czuję głód podróży wielki.

Tak, tak – cieszyłam się, czując pod nogami ciut rozbujaną keję, a potem twardą ziemię. Równocześnie czułam wewnętrzny żal, nieprzeniknioną melancholię, dziwny zawód – jak gdybym w momencie, kiedy moje stopy dotknęły stałego gruntu, utraciła coś cudownego i nieuchwytnego.

Pożegnania z błękitem nigdy nie były dla mnie łatwe.

Podróż – jakby nie patrzeć - zaczęła się kilka miesięcy temu, kiedy to mój dobry znajomy obwieścił mi, że poszukuje osób do załogi, która we wrześniu przez Bałtyk i cieśniny skandynawskie popłynie do Oslo.
Początkowo podchodziłam do tego pomysłu dość swobodnie – wszak miałam dostać pracę w szkole (Wrzesień! Wrzesień!), dopiero zaczęłam przygodę z żeglarstwem… Wymówek zdawało się być od groma, aż dopadła mnie wiadomość, że kuratorium oświaty nie zgodziło się na otwarcie klasy, w której nauczycielką miałam zostać. Pomyślałam wtedy, że albo teraz, albo nigdy – morze mnie wzywa, to jedyne rozwiązanie impasu i spełnienie innego marzenia, więc dlaczego nie?

Ze wszystkich miłości podróżniczych najmocniejsza jest we mnie ta do Neptuna, który w chwilach, gdy ogarnia mnie szarość, utula i wprowadza harmonię w moje myśli, pozwalając morzu zamieszkać w moich oczach. Siedząc na plażach i pijąc wino (lub inny Tymbark) z Władcą Mórz, chowałam w sobie pragnienie wędrówki dalszej, gdzieś poza horyzont – wśród grzyw fal i śpiewu wiatru w żaglach. 

Miesiąc za miesiącem mijał, uciekał dzień za dniem, a ja nie do końca potrafiłam umiejscowić sobie owego rejsu w swojej wyobraźni. Aż w końcu nadeszły miesiące wakacyjne, przynoszące ze sobą niespodziewanie dużo podróży (o których może ciut później?) czyniących moje serce iście pirackim, a potem – ni stąd ni zowąd – nadszedł koniec lata i spotkanie z Cassandrą, którą popłynęłam - wraz z siódemką innych zapaleńców - w rejs.

I choć w tej chwili wszystkie te przeżycia, które miały miejsce zaledwie chwilę temu, wydają się być odległe i nierzeczywiste niczym sen – pewnym jest to, że jedna z podróży moich marzeń rozpoczęła się 4 września 2014 r. i długo jeszcze będę ją wspominać.

Chcąc przeżyć ją jeszcze raz, zaglądając do swojego kolorowego notatnika, skrzętnie wypełnianego pomiędzy jedną wachtą a drugą, w trakcie trwania jednego przechyłu, aż do przeturlania się w drugi, chciałabym zabrać i Was w tę podróż.

Gotowi do wypłynięcia?

;)