sobota, 11 października 2014

O tym, że organizacja może być w czepku urodzona.

Moja podróż obrała na początku ciut inny kierunek, niż dla pozostałej części załogi. Na dwa dni przed wypłynięciem trafiłam do Gdańska, w którym spotkawszy się z Człowiekiem z Północy, zaopatrzona zostałam w kilka niezbędnych każdemu żeglarzowi akcesoriów: potężny wór mieszczący cały bagaż, jaki planowałam ze sobą zabrać, a nawet i więcej, sztormiak, w którym wyglądałam niczym pomarańczowy Muminek (na wspomnienie swojego odbicia w lustrze do dziś śmieję się prawie na głos), a także fragment cumy z łódki, na której pływałam z moim gospodarzem kilka tygodni wcześniej. Tak sentymentalnie. A może, żebym nie zapomniała?

Wieczorem – po radosnych spotkaniach przy pizzy i opowiadaniach o tym oraz owym – Człowiek z Północy wyciągnął taśmę odblaskową, z pewną dumą stwierdzając, że ma ona morski certyfikat.
Uznając, że mogę mieć dziwne przygody na morzu (wszak poznał moje umiejętności w tym zakresie) powiedział, że należy zwiększyć moją widoczność, gdybym przypadkiem wpadła na szalony pomysł bliższego zapoznania się z falami. Na przykład w nocy. Podczas sztormu. Kiedy wszyscy wokół będą przysypiać.

Spoglądnęłam na niego i uznałam, że jestem w stanie to zrobić w pięć minut. Nie uwierzył mi. Bo przecież jak to tak – równo, w zaledwie taką chwilę? Na tak grubym materiale? Z tak silnie klejąca się taśmą? Niemożliwe! Do tego potrzebne wszak są co najmniej dwie, jeśli nie trzy osoby. I na pewno będzie to trwało dłużej.

Cóż - dawno niczego nie musiałam udowadniać z przekonaniem takiej prostoty zadania. Poprosiłam go o przytrzymanie kurtki, wymierzyłam odpowiedniej długości kawałek odblasku, wzięłam do ręki dowód osobisty i – voilá! – równiusieńko przyklejony pasek zagościł po prawej stronie. W chwilę później po lewej. I na kapturze.

Dobrze, dobrze. Wszystko to zrobiłam tak szybko, bo byłam głodna. Zapachy z meksykańskiej restauracji, znajdującej się tuż obok, były niezmiernie kuszące i szybko wyparły z mojego brzucha wspomnienia o wcześniejszej pizzy ;)
I uwierzcie mi - warto było. Papryczki chilli faszerowane serem były przebojowe. Po powrocie zrobiłam je w domu, gdzie również zrobiły furorę.

Następnego dnia przeżyłam szok.
A może przekonałam się o tym, że warto jednak wcześniej zerknąć na wszelkiego rodzaju rozkłady jazdy pociągów, pekaesów i innych blablakarów, nie sugerując się spoglądaniem na mapę, która pokazuje, że - w linii prostej - Gdańsk i Świnoujście nie są od siebie bardzo oddalone? I że nie powinnam brać za dobrą kartę tego, iż w lato podróż pomiędzy tymi miastami nie należy do najtrudniejszych?
Oj - NIE POWINNAM.

A jednak.
Obudziwszy się i zapakowawszy ostatnie rzeczy do cudownego worka, uznałam, że spacer byłby idealnym sposobem na powitanie przygody. Zaspana cieszyłam się neptunowym słońcem, gwarem miasta przeplecionym z plotkarskimi skrzekami mew, by - zasiadając przy obiedzie - zerknąć na rozkład jazdy PKP. Przeżyłam szok. Sprawdziłam połączenia autokarowe. Widelec prawie wypadł mi z ręki... Portal BlaBlaCar pozwolił mi na odrodzenie się nadziei, więc wykonałam kilka telefonów ("ale, ale... Szczecin nie jest daleko od Świnoujścia, Proszę Pana...", "Na prom się Pan wybiera! Idealnie! Jak duży mam bagaż? Zabiera Pan rower? Cóż, chyba się nie zmieszczę...") i załamałam ręce.*
Nic! Kompletnie nic! Albo powinnam co najmniej od dwóch godzin być w drodze, by po czternastu godzinach stukotania i torowania, przez Poznań i kilka przesiadek, trafić do Świnoujścia, albo naprędce potrzebowałam jakiegoś kursu teleportacji.

Wtem z pomocą nadszedł mi Człowiek z Północy, który chciał się ze mną pożegnać przed moim wyruszeniem w trasę (a może chciał sprawdzić, jak komicznie wyglądam, kiedy stoi przede mną mój potężny bagaż ;)). Podpowiedział mi, że trafiając do Kołobrzegu miałabym łatwiejszy dojazd do celu. Znalazłam pociąg w tamtym kierunku ("Genialnie!" - pomyślałam), zaczęłam planować kolejne etapy podróży i... nic. Pociągi mijały się z kilkunastominutowym odstępem czasowym. Westchnęłam i pełna czarnych myśli – a może po to, by gadulstwem zająć skołowaną głowę - zaczęłam opowiadać mojemu rozmówcy, że nie tylko ja będę trafiać z innego miejsca niż Śląsk do Świnoujścia i nagle...
Nagle sobie przypomniałam pewną moją telefoniczną rozmowę z Drugim Oficerem, którą odbyłam tydzień wcześniej. Jej wspomnienie nieśmiało wyszło przed szereg szalejących myśli, ukłoniło się i pozwoliło złapać za telefon.

Sygnał gonił sygnał.
Niecierpliwie zaczęłam stukać w rytm marszu żałobnego o ławę.
Sygnał.
...
Sygnał.
...
Odłożyć?
Sygnał. Sygnał. Sygnał.
„Halo?”
Szybka rozmowa. Przedstawienie sprawy w mniej dramatyczny sposób, niż wskazywałaby na to sytuacja i…

...udało się!
Kapitan i Drugi Oficer spędzali bowiem wakacje w Kołobrzegu. Umówiliśmy się, że następnego dnia rano dotrę na Dworzec w tym mieście i porwę się razem z nimi do naszego portu. "Ty człowieku w czepku urodzony!" - usłyszałam i zaśmiałam się. Poczułam się lżej – o niebo lżej! - w Gdańsku spędzić mogłam ciut więcej czasu i cieszyć się, iż pomimo mojego chwilowego niezorganizowania, dostałam szansę, by wszystko poszło zgodnie z planem ;)

Uwierzcie mi. Drugi raz tego błędu już nie popełnię.
Bo potem był pociąg, cudowne widoki, spotkanie z Cassandrą i inne przyjemnostki, o których ciut później, a może i prędzej ;)


*Spotykający mnie wówczas Człowiek z Północy uznał, iż wyglądałam, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Gromadka nieszczęścia i załamania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz