Moja podróż obrała na początku ciut
inny kierunek, niż dla pozostałej części załogi. Na dwa dni przed wypłynięciem
trafiłam do Gdańska, w którym spotkawszy się z Człowiekiem z Północy,
zaopatrzona zostałam w kilka niezbędnych każdemu żeglarzowi akcesoriów: potężny
wór mieszczący cały bagaż, jaki planowałam ze sobą zabrać, a nawet i więcej,
sztormiak, w którym wyglądałam niczym pomarańczowy Muminek (na wspomnienie
swojego odbicia w lustrze do dziś śmieję się prawie na głos), a także fragment
cumy z łódki, na której pływałam z moim gospodarzem kilka tygodni wcześniej.
Tak sentymentalnie. A może, żebym nie zapomniała?
Wieczorem – po radosnych
spotkaniach przy pizzy i opowiadaniach o tym oraz owym – Człowiek z Północy
wyciągnął taśmę odblaskową, z pewną dumą stwierdzając, że ma ona morski
certyfikat.
Uznając, że mogę mieć dziwne
przygody na morzu (wszak poznał moje umiejętności w tym zakresie) powiedział, że
należy zwiększyć moją widoczność, gdybym przypadkiem wpadła na szalony pomysł
bliższego zapoznania się z falami. Na przykład w nocy. Podczas sztormu. Kiedy wszyscy wokół będą przysypiać.
Spoglądnęłam na niego i uznałam, że
jestem w stanie to zrobić w pięć minut. Nie uwierzył mi. Bo przecież jak to tak
– równo, w zaledwie taką chwilę? Na tak grubym materiale? Z tak silnie klejąca
się taśmą? Niemożliwe! Do tego potrzebne wszak są co najmniej dwie, jeśli nie
trzy osoby. I na pewno będzie to trwało dłużej.
Cóż - dawno niczego nie musiałam
udowadniać z przekonaniem takiej prostoty zadania. Poprosiłam go o
przytrzymanie kurtki, wymierzyłam odpowiedniej długości kawałek odblasku,
wzięłam do ręki dowód osobisty i – voilá! – równiusieńko przyklejony pasek
zagościł po prawej stronie. W chwilę później po lewej. I na kapturze.
Dobrze, dobrze. Wszystko to zrobiłam tak
szybko, bo byłam głodna. Zapachy z meksykańskiej restauracji, znajdującej się
tuż obok, były niezmiernie kuszące i szybko wyparły z mojego brzucha
wspomnienia o wcześniejszej pizzy ;)
I uwierzcie mi - warto było. Papryczki chilli faszerowane serem były przebojowe. Po powrocie zrobiłam je w domu, gdzie również zrobiły furorę.
Następnego dnia przeżyłam szok.
A może przekonałam się o tym, że warto
jednak wcześniej zerknąć na wszelkiego rodzaju rozkłady jazdy pociągów,
pekaesów i innych blablakarów, nie sugerując się spoglądaniem na mapę, która
pokazuje, że - w linii prostej - Gdańsk i Świnoujście nie są od siebie bardzo
oddalone? I że nie powinnam brać za dobrą kartę tego, iż w lato podróż pomiędzy
tymi miastami nie należy do najtrudniejszych?
Oj - NIE POWINNAM.
A jednak.
Obudziwszy się i zapakowawszy ostatnie rzeczy do cudownego worka, uznałam, że spacer byłby idealnym sposobem na powitanie przygody. Zaspana cieszyłam się neptunowym słońcem, gwarem miasta
przeplecionym z plotkarskimi skrzekami mew, by - zasiadając przy obiedzie -
zerknąć na rozkład jazdy PKP. Przeżyłam szok. Sprawdziłam połączenia
autokarowe. Widelec prawie wypadł mi z ręki... Portal BlaBlaCar pozwolił
mi na odrodzenie się nadziei, więc wykonałam kilka telefonów ("ale, ale...
Szczecin nie jest daleko od Świnoujścia, Proszę Pana...", "Na prom
się Pan wybiera! Idealnie! Jak duży mam bagaż? Zabiera Pan rower? Cóż, chyba
się nie zmieszczę...") i załamałam ręce.*
Nic! Kompletnie nic! Albo powinnam co najmniej od dwóch godzin być
w drodze, by po czternastu godzinach stukotania i torowania, przez Poznań i
kilka przesiadek, trafić do Świnoujścia, albo naprędce potrzebowałam jakiegoś
kursu teleportacji.
Wtem z pomocą nadszedł mi Człowiek z
Północy, który chciał się ze mną pożegnać przed moim wyruszeniem w trasę (a może chciał sprawdzić, jak komicznie wyglądam, kiedy stoi przede mną mój potężny bagaż ;)). Podpowiedział mi, że trafiając do Kołobrzegu miałabym łatwiejszy dojazd do
celu. Znalazłam pociąg w tamtym kierunku ("Genialnie!" - pomyślałam),
zaczęłam planować kolejne etapy podróży i... nic. Pociągi mijały się z kilkunastominutowym
odstępem czasowym. Westchnęłam i pełna czarnych myśli – a może po to, by
gadulstwem zająć skołowaną głowę - zaczęłam opowiadać mojemu
rozmówcy, że nie tylko ja będę trafiać z innego miejsca niż Śląsk do
Świnoujścia i nagle...
Nagle sobie przypomniałam pewną moją telefoniczną rozmowę z Drugim
Oficerem, którą odbyłam tydzień wcześniej. Jej wspomnienie nieśmiało wyszło
przed szereg szalejących myśli, ukłoniło się i pozwoliło złapać za telefon.
Sygnał gonił sygnał.
Niecierpliwie zaczęłam stukać w rytm marszu żałobnego o ławę.
Sygnał.
...
...
Sygnał.
...
Odłożyć?
Odłożyć?
Sygnał. Sygnał. Sygnał.
„Halo?”
Szybka rozmowa. Przedstawienie sprawy w mniej dramatyczny sposób, niż
wskazywałaby na to sytuacja i…
...udało się!
Kapitan i Drugi Oficer spędzali bowiem wakacje w Kołobrzegu. Umówiliśmy
się, że następnego dnia rano dotrę na Dworzec w tym mieście i porwę się razem z
nimi do naszego portu. "Ty człowieku w czepku urodzony!" - usłyszałam
i zaśmiałam się. Poczułam się lżej – o niebo lżej! - w Gdańsku spędzić mogłam
ciut więcej czasu i cieszyć się, iż pomimo mojego chwilowego niezorganizowania, dostałam
szansę, by wszystko poszło zgodnie z planem ;)
Uwierzcie mi. Drugi raz tego błędu już nie popełnię.
Bo potem był pociąg, cudowne widoki, spotkanie z Cassandrą i inne
przyjemnostki, o których ciut później, a może i prędzej ;)
*Spotykający mnie wówczas Człowiek z Północy uznał, iż wyglądałam,
jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Gromadka nieszczęścia i załamania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz